Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi Katrinam z miasteczka . Mam przejechane 42479.93 kilometrów w tym 66.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.87 km/h i się wcale nie chwalę.
Suma podjazdów to 3363 metrów.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Katrinam.bikestats.pl

Archiwum bloga

  • DST 264.00km
  • Czas 13:28
  • VAVG 19.60km/h
  • Temperatura 32.0°C
  • Kalorie 3644kcal
  • Sprzęt Raptobike Low Racer
  • Aktywność Jazda na rowerze

Z grabkami na Słońce czyli

Niedziela, 21 czerwca 2026 · dodano: 22.06.2026 | Komentarze 0

Pomiechówek - Nasielsk - Gołymin-Ośrodek - Przasnysz - Myszyniec - Szczytno - Wielbark - Chorzele - Grudusk - Ciechanów
AvgW: 19.6 km/h
MaxW: 42.7 km/h
TSS: 763, IF: 0.82, NP: 106, Kcal: 3644, AvgP: 75, MaxP: 525, 1minP: 224
Uszczypnięć: 3

Dane są z Wahoo/srahoo bo licznik okazał się być uszkodzony - jedna ze sprężynujących nóżek łączących metalowe przestała stykać się z gniazdkiem. Sigma, po prostu.
Samo wahoo/srahoo też jest genialne. Uwielbia prowadzić dalsze pomiary pomimo iż siedzi się na przystankui czy w jadłodajni z 30 minut i nic nie robi poza przejściem dosłownie kilku metrów. Czas leci, wahoo/srahoo mierzy a potem średnie takie jakieś dziwne a i czas "jazdy" oszukany. Brawo wahoo/srahoo.
Plany na ten wyjazd były nieco bardziej ambitne, ale rzeczywistość pokazała ile faktycznie można osiągnąć przy takim upale (31-32 st Celsjusza) i przy pewnych brakach.
Wyjechałam niby za późno bo dopiero o 16:30, ale w sumie to i dobrze bo w upale jechałam nieco krócej.

Pogoda była znakomita. Ale jednak bardzo gorąco.


Pierwszy przystanek był w Kowalewicach gdzie zatrzymałam się na loda, aby nieco się schłodzić i tam też mój rower stał się jak zawsze obiektem zainteresowania i pojawiły się typowe pytania: "a jak na tym się utrzymuje równowagę" itd ;)
W okolicach tego punktu sprawdziłam coś co wydawało mi się niemożliwe i odkryłam, że mam przesunięte biegi, przez co brakuje mi 2 dwóch największych zębatek na kasecie a pod jej koniec manetka sucho pstryka. Na szczęście to tylko warmińsko-mazurskie a nie Bieszczady więc nie przejęłam się tym i kwestie ewentualnych regulacji zostawiłam na "potem".
Z Kowalewic jechałam dalej prosto do Gołymin-Ośrodka gdzie rok temu już musiałam zawracać z powrotem ze względu na paskudną pogodę. Tym razem pogoda była znakomita i leciałam dalej trzymając się jeszcze przygotowanego przed wyjazdem planu - prosto na Przasnysz. Jednak przed opuszczeniem tej miejscowości przyszedł czas na kolejnego loda i jakieś małe zimne picie.




Dzięki małemu wiatrowi w plecy szło mi całkiem nieźle ale nie kręciłem ile się da - oszczędzałam siły na później. W Przasnyszu odpaliłam 3/4 oświetlenia co wzbudziło zainteresowanie nocnego patrolu policji, która dojechała do granicy miasta zobaczyć co to tam stoi i błyska jak choinka... :) Jakieś 6 lampek tylnych plus Convoy S2+ Sofirn C8 już robiły dobrą robotę uniemożliwiając komukolwiek stwierdzenie, że "ale ja jej nie widziałam!!!" czy innych bzdur typowych dla sporej części kierujących pojazdami silnikowymi, którzy prawko znaleźli w chipsach...

Z Przasnysza udałam się do Jednorożca, gdzie przystanęłam przy rondzie z pięknie podświetloną nazwą tego miasteczka. Picie, uzupełnienie węglowodanów i po paru minutach wyjeżdżałam w całkowitą ciemność. Tym razem jednak miejsce Gopro zajął kolejny drugi Convoy S2+. Taaaak, 3x Convoy ustawione szeregiem z góry na dół, z czego górny ruchomy bo na głowie oznaczały znakomite oświetlenie drogi przed rowerem. Do tego odpowiednie podświetlenie lewego boku roweru całkowicie wyeliminowało próbyu wyprzedzania mnie bez opuszczania pasa ruchu po którym jechałam. Bezpoieczeństwo najważniejsze.
Od Jednorożca ciągnął się najgorszy fragment - bardzo mała ilość wiosek, ciemna droga wiodąca chwilami przez pusty las. I ja w nim jadąca na tak troszkę nie do końca wyregulowanym sprzęcie. Trochę słabe to było, bo gdyby cokolwiek mi strzeliło to byłoby naprawdę trudno to naprawić w takim otoczeniu.


[w drodze do Szczytna]
Myszyniec - przystanek przy stacji paliw Orlen.
1. Młodzi tubylcy dopytujący się ile ksoztuje "takie coś" nie pytając nawet o to co to jest zainteresowani byli wyłącznie ceną...
2. Co i rusz obok roweru przejeżdżało jakieś KAłdi czy inne tam takie i gość zwalniał aby się przyjrzeć...
3. Szczyt: ZŁOTE Maserratii. Kierujący zatrzymał się przy dystrybutorze, po czym specjalnie cofnął, zrównał się z moim starym Raptobike aby mu się przyjrzeć. WooooW! Czyżby mój Raptobike był znacznie ciekawszy od złotego Maserati? :DDDDD
Na tej stacji posiedziałam dłuższe kilkadziesiąt minut aby wypić herbatę i przemyśleć dalszą strategię. Już wiedziałam że stoję z motyką pod Słońcem tylko nie wiedziałam jak długa/krótka ona jest. Już wiedziałam, że czasowo i zmęczeniowo to zaplanowany cel podróży raczej nie uda się osiągnąć. Ale ambicja nie pozwalała tak po prostu zawrócić. O nie. na koncie było ~130 kilometrów a przecież pierwotnie miało być >~400... No nie, to za mało. Zdecydowałam się więc ciągnąć dalej, ale już nie patrzeć na Mazury tylko troszkę bliżej. Przez kilka minut myślałam o Ruciane-Nida ale kiedy ruszyłam dalej w drogę to już dcoierąło do mnie, że to też nie dojdzie do skutku. I stąd moje odbicie na Szczytno z planem dojścia do ~300 kilometrów przebiegu. Całkiem dobry wynik, prawda? Ciągle jednak w planach bez pewności czy i to uda mi się osiągnąć. Humor poprawiał mi widok wschodzącego słońca jaki pozostawał z tyłu za moim prawym ramieniem dla którego zatrzymałam się kilka razy aby zrobić kilka zdjęć.


Kolejne fotki wschodzącego Słońca.





A gdzieś za plecami ładny widok na przebytą już drogę.




Te zdjęcia wykonałam już prawie prawie przed Szczytnem.



Szczytno - stacja paliw BP.
Kolejny hot dog, jednak ten nie chciał mi przejść przez gardło - zgaga. I to taka wredna pojawiająca sie i znikająca. Zależna od pozycji - a ta oczywiście półleżąca na poziomce nie pomaga. Wypiłam herbatę, podjadłam trochę węglowodanów i przedrzemałam trochę ale nawet nie wiem jak długo. Obudziłam się przy okazji zmiany personelu i stwierdziłam że chyba czas się zbierać. Słońce już dawno wzeszło, zrobił się piękny słoneczny dzień, za parę godzin mógł się rozpocząć kolejny upał jakże mocno wpływający na moją prędkość poruszania się. Jednak poza upałem z tyłu głowy ciągle przypominało się to co widziałam na prognozie pogody - możliwa przechodząca fala mocnych opadów wraz z burzami.
Zgaga zaczęła robić mi już mocno pod górkę i rozpoczęłam poszukiwanie sklepu spożywczego... W niedzielę na takim odludziu? Ani jednego małego sklepu z pewnym płazem w okolicy. Do tego w Szymanach zrodziła mi się pewna myśl będąca analizą osiagnięć zebranych przez ostatnie kilka godzin. Tą myśl skutecznie podgrzał przelot szynobusa po torze kolejowym opodal.





Sklep znalazł się W Wielbarku, ale nim do niego dotarłam minęłam nieistniejące inne sklepy, które wg google maps powinny być tma w tym miasteczku i być owarte. A jednak ich nie było. Ale w końcu stanęłam w progu Delikatesy MAZURY gdzie kupiłam... mleko. Tak tak, mleko. Dwukrotnie poomagało mi na PTJ to i tym razem powinno pomóc - i bardzo pomogło. Praktycznie rozwiązał się problem zgagi. mogłam chwycić za normalne jedzenie dające mi więcej mocy i jechać dalej - aczkolwiek Organizm i nogi już odmawiały pewłnego zaangażowania w proces szybkiego toczenia się po drodze DK57.
300 kilometrów stawało się coraz mniej realne. Koniec końców zaczęłam kierować się do Pomiechówka ale z opcją skorzystania z jakiejś podwiózki - czyli pociąg. Z oglądania mapy wsyzło mi, że najlepszy będzie Ciechanów. Inne opcje jakie pokazywał mi rozkład jazdy PKP - to jazda z przesiadkami. Przez Olsztyn Główny do Ciechanowa i tam przesiadka w KM do Pomiechówka. Ileż zabawy bym miała z bieganiem po schodach i peronach z rowerem? Za dużo.
To nie miało sensu dlatego wybrałam opcję jazdy dalej do Ciechanowa i skorzystanie z pociągu KM dopiero i bezpośrednio tam.
Już wtedy obserwowałam zmianę koloru nieb apo mojej prawej stronie, którego to zabarwienie przechodziło jakby nieco do przodu. Chwilami też coś pokropiło, ale myślałam że to pewnie przejdzie bokiem. Przed Rzęgnowem zatrzymałam się na kilka minut na przystanku - przystanek w całości z blachy - lecz kiedy tylkko dobrze usiadłam usłyszałam grzmoty i zobaczyłam parę błyśnięć. Mój pobyt w tym miejscu potrwał więc jeszcze 10 sekund - tyle czasu zajęło mi szybkie spakowanie sie i ucieczka z tego miejsca, grożącego zbyt szybką zamianą w proch.
W Rzęgnowie zatrzymałam się pod małym mikroskopinym daszkiem niecyznnego sklepu. Tuż obok remizy OSP. Chwilę później zaczeło padać a wraz z opadem przyszła burza, która waliła naprawdę bardzo blisko. I kiedy tak waliło, rozejrzałam się i stwierdziałm że ów budynek sklepu nie ma piorunochrona... Niby ok, w polsce do 15m wysokości budynku nie trzeba. Ale na takim bezludziu to ja bym jednak nie ryzykowała. Na szczęście OSP tuż obok i oni... I oni na swoim budynku również nie mają piorunochronu.
Burza przeszła po ~30 minutach. Wystarczająco krótko aby się nie znudzić, nie zmoczyć nic bardziej ale wystarczająco aby zmęczyć nogi bo nie było na czym i gdzie usiąść.
Gdzieś wiele kilometrów przed Ciechanowem na tej DW zatrzymałam się na kolejnym przystanku. Zmęczenie i brak snu robiły swoje, musiałam coś podjeść i przedrzemać chcoiaż kilka minut. Naprzeciwko przystanku ujadał jakiś mały pies na mnie, ale po paru minutach mu się znudziło. I tak sobie przysnęłam aż..."NIESPAAAAAAAĆ!!!". Taaak, to wydarł się przejeżdżający szoszon jadacy z południa. Bo on jest w 100% formie on dopiero co wsiadł na rowerek (max 8 kg jak nie mniej) i on jest Miszczem i on mówi "niespać" to wszyscy wsiadają na rower i grzecznie jadą za nim. Tak? Nie?
Takiego chamstwa to się nie spodziewałam - nawet na takiej wiosce. I to ze strony jakiegoś szoszona! Nie jakiegoś wiochmena, tylko kolarza!
A może to był burak ze wsi na szosie, któremu zbyt ciasno opięta lajkra ucisnęła niektóre miejsca ciała za mocno i mu się uszami mózg wylał?

W Ciechanowie byłam okolo 14:10. Do pociągu miałam jeszcze godzinę, więc podjechałam na - kolejną już - stację paliw BP. Tam kupiłam kolejnego osika, herbatę, jakieś batony proteinowe i z nimi udałam się na dworzec PKP. Na szczęście w Ciechanowie na stacji windy są działające i nie musiałam - jak to przed laty bywało - nosić roweru po schodach bo ciężko by było.
Oczywiście to nie był jeszcze koniec przygód. Musi być jeszcze Kierownik Pociągu każący przejść do części rowerowej, która jest już pełna rowerów i nie da się przejść korytarzem... No ale jak trzeba to trzeba. Sam pociąg - Flirt 3 - bardzo ładny, 7-latek tylko ktoś zamawiający go nie przeznaczył wystarczającej ilości uwagi na to gdzie mają być owe wydzielone miejsca na rowery. I wstawił je - uwaga! - w środek pociągu. Oklaski.
Ale są też normalni Kierownicy Pociągów - taki jak ten spytany na stacji w Ciechanowie o tor na który ma wjechać pociąg do Warszawy Zachodnije. Nie dość że z uśmiechem odpowiadał na pytania podróżnym i mnie, to jeszcze idąc na swój pociąg do Działdowa ostrzegał, że to nie ten pociąg :) Można? Oczywiście że tak! Frontem do ludzi! A nie 4 literami.

PKP
Chwała XXI wiekowi - że nie trzeba biec do kas, stawać w dłuuugiej kolejce i z wywieszonym jęzorem i biletem sprintem udawać się na pociąg. Że wszystko to się da zrobić mając w ręku smartfona i podjadając coś na szybko na stacji paliw X kilometrów przed dworcem PKP. Technika.
I nawet te pociągi są niezłe. Klima, ciche, przyjemne takie. Tylko te miejsca na rowery...

Pomiechówek.
W końcu - wysiadłam z pociągu i po dwóch minutach dotarłam do swojego samochodu. Wreszcie dojechałam. Co prawda na liczniku było "tylko" 264 kilometry a nie "zaplanowane" 315-320 ale to jest i tak bardzo dużo i najwięcej kilometrów jakie zrobiłam w ciągu ostatnich kilku lat na jednym wyjeździe. I to pomimo tego, że i moja kondycja jak się tu okazało wcale nie była tak dobra jak mi się wydawało.

Na koniec słowo o KAUCJI.
Chciałabym życzyć pomysłodawcom wprowadzenia kaucji aby wszystkie butelki z kaucją z naszego kraju weszły im w pewną ciemną część ciała i tam pozostały na wiele dni.
Kto to wymyślił? Dlaczego w dowolnym sklepie w którym kupuję np osika, nie mogę zostawić pustej butelki po poprzednim???
Czy ja mam zamieniać rower na rower cargo do wożenia pustych butelek? Czy ja mam być śmieciarką?
Stąd jestem w plecy 3 złote za 6 butelek zostawionych gdzieś obok śmietnika, bo nie będę tego ciągnęła ze sobą. Nie nie nie i jeszcze raz NIE!
GDZIE ja oddam butelkę po osiku gdzieś w terenie, o 3 nad ranem?
W niemczech to jest jeszcze tak zorganizowane, że przy każdym takim sklepie jest osobne wejście do takiej części gdzie stoją automatY. AutomatY a nie automat sztuk jeden. I za każdą butelkę nie dostaje się 50 groszy ale 0.25 Euro. Czyli ~1.05 złotego. I to już zaczyna się opłacać aby te butelki odwieźć.
Oczywiście, myślałam o przelewaniu osika do bidonu (gdybym miała) i natychmiastowym zwrocie butelki... Ale na stacjach paliw nie przyjmują żadnych butelek!!!

Wniosek - wyjazd może nieco krótszy ale bardzo udany i owocny w nowe wspomnienia i kolejną całkiem ciekawą i miłą trasę.
Ilość dziurawych dróg nadal znikoma względem tego co widziałam i po czym jeździłam we Francji... Bbbrrrr...





Komentarze
Nie ma jeszcze komentarzy.
Komentować mogą tylko znajomi. Zaloguj się · Zarejestruj się!