Info
Suma podjazdów to 3363 metrów.
Więcej o mnie.
Moje rowery
Wykres roczny
Archiwum bloga
- 2026, Czerwiec5 - 0
- 2026, Maj10 - 0
- 2026, Kwiecień15 - 0
- 2026, Marzec6 - 0
- 2025, Grudzień8 - 0
- 2025, Listopad11 - 0
- 2025, Październik8 - 0
- 2025, Wrzesień11 - 0
- 2025, Sierpień7 - 0
- 2025, Lipiec13 - 0
- 2025, Czerwiec10 - 0
- 2025, Maj11 - 0
- 2025, Kwiecień6 - 0
- 2025, Marzec11 - 0
- 2025, Luty8 - 0
- 2025, Styczeń9 - 0
- 2024, Grudzień8 - 0
- 2024, Listopad6 - 0
- 2024, Październik11 - 0
- 2024, Wrzesień11 - 0
- 2024, Sierpień12 - 0
- 2024, Lipiec17 - 0
- 2024, Czerwiec19 - 0
- 2024, Maj13 - 0
- 2024, Kwiecień9 - 0
- 2024, Marzec13 - 0
- 2024, Luty10 - 0
- 2024, Styczeń1 - 0
- 2023, Grudzień5 - 0
- 2023, Listopad8 - 0
- 2023, Październik12 - 0
- 2023, Wrzesień10 - 0
- 2023, Sierpień13 - 0
- 2023, Lipiec12 - 0
- 2023, Czerwiec12 - 0
- 2023, Maj14 - 0
- 2023, Kwiecień11 - 0
- 2023, Marzec15 - 0
- 2023, Luty8 - 0
- 2023, Styczeń4 - 0
- 2022, Grudzień8 - 0
- 2022, Listopad15 - 0
- 2022, Październik15 - 0
- 2022, Wrzesień7 - 0
- 2022, Sierpień8 - 0
- 2022, Lipiec13 - 1
- 2022, Czerwiec8 - 2
- 2022, Maj11 - 0
- 2022, Kwiecień7 - 1
- 2022, Marzec3 - 0
- 2021, Listopad4 - 0
- 2021, Październik11 - 0
- 2021, Wrzesień10 - 0
- 2021, Sierpień16 - 0
- 2021, Lipiec11 - 0
- 2021, Czerwiec11 - 0
- 2021, Maj14 - 2
- 2021, Kwiecień7 - 0
- 2021, Marzec4 - 0
- 2021, Luty3 - 0
- 2021, Styczeń1 - 0
- 2020, Listopad2 - 0
- 2020, Październik6 - 0
- 2020, Wrzesień6 - 0
- 2020, Sierpień7 - 0
- 2020, Lipiec9 - 1
- 2020, Czerwiec12 - 6
- 2020, Maj11 - 3
- 2020, Kwiecień13 - 5
- 2020, Marzec15 - 4
- 2020, Luty13 - 3
- 2020, Styczeń2 - 0
- 2019, Grudzień2 - 0
- 2019, Listopad7 - 0
- 2019, Październik18 - 2
- 2019, Wrzesień12 - 0
- 2019, Sierpień18 - 0
- 2019, Lipiec13 - 2
- 2019, Czerwiec13 - 2
- 2019, Maj19 - 0
- 2019, Kwiecień7 - 0
- 2019, Marzec6 - 1
- 2019, Luty3 - 0
- 2018, Grudzień2 - 0
- 2018, Listopad14 - 0
- 2018, Październik18 - 0
- 2018, Wrzesień7 - 0
- 2018, Sierpień16 - 2
- 2018, Lipiec12 - 1
- 2018, Czerwiec13 - 0
- 2018, Maj18 - 0
- 2018, Kwiecień17 - 0
- DST 17.51km
- Czas 00:38
- VAVG 27.65km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Rozbiegowo
Czwartek, 14 czerwca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Ożarów - Borzęcin - Zielonka - Ożarów
AVG: 26.97 km/h
MAX: 32.07 km/h
CAD: 77
Sądziłam,
że po 4 dniach regenerowania się po 400km wycieczce będzie już wszystko wypoczęte i gotowe do
kolejnych jazd. A tu niestety wcale tak nie jest. Tętno nadal niskie,
maksymalnie 120-130 i nie chce wchodzić wyżej, chyba że bardzo mocno
pocisnę. Podczas jazdy odnosiłam wrażenie, że nogi mogą, ale nie bardzo bo
organizm nie chce zapewnić im jakby wystarczającej ilości tlenu czy materiałów do spalania - czy
czegoś takiego. Spróbuję wsiąść na rower jeszcze pojutrze w sobotę, moze
wtedy będzie trochę lepiej. Na przetrenowanie mi to nie wygląda, ale
może to jest właśnie to przemęczenie po 400 w ostatni weekend.
- DST 10.73km
- Czas 00:29
- VAVG 22.20km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Rozjazdowo
Wtorek, 12 czerwca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Ożarów i okolice
AVG: 21.94 km/h
MAX: 40.86 km/h
CAD: 72
Lajtowy
i to bardzo przejazd tam i z powrotem po asfalcie dookoła małego
komina. Ot, takie małe przypomnienie dla nóżek, żeby wiedziały że im nie odpuszczę i
że mają się dalej regenerować. Wcześniej planowałam jeszcze jazdę jutro
w środę, ale daruję sobie i skoczę do roboty i z powrotem dopiero
pojutrze. Chcę aby moje nóżki miały idealne warunki do zregenerowania
się i wzrostu kondycji.
O dziwo rowerek nie piszczy za mocno podczas
hamowania, więc nie wiem o co mu biegało i czemu to robił wcześniej podczas wycieczki do/z Mikołajek. Ale i tak pojedzie do warsztatu
bo czas jednak wymienić stery. Za szybko łapią luzy podczas hamowania.
- DST 413.09km
- Czas 18:21
- VAVG 22.51km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Z Pomiechówka do Mikołajek i z powrotem
Niedziela, 10 czerwca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
MAX: 56.00 km/h
CAD: 72
Było takie marzenie sprzed tygodnia co by zrobić 400-tkę. Nie musiałam, ale obserwując przyjeżdżających z Brevetu 400km w Pomiechówku powoli nabierałam przeświadczenia, że skoro oni mogą i dali radę to i ja. Ja? Ja nie dam rady?!
Po 12 w południe w sobotę pojawiłam się ze smrodem i rowerem wewnątrzniego pod halą sportową w Pomiechówku. Na dużej hali rozgrywał się jakiś mecz piłki halowej, a ja w międzyczasie wyciągałam rower, pompowałam dętki na maksa, pakowałam sakwy... I wreszcie ruszyłam do Nasielska. To co poniżej to w zasadzie moje myśli i zdarzenia z kolejnych małych i większych postojów.
40 km - przerwa. Ziewam okropnie wchodząc w zarośla na jedyneczkę i za chwilę z nich wychodząc. Spać się chce. Gorąąąco. Upał, ale ja jadę dalej przed siebie.
57 km. Właśnie wtedy przypomniało mi się o czym zapomniałem.... 3 pełne pudełka 600ml z proszkiem izotonicznym do rozrabiania. Szit! A tu w sakwie zostało z 0.5 litra wody i izotonika. A upał jak był tak jest i dalej robi swoje... Ba: w ciągu 3 godzin wlałam w siebie 3.5 litra płynów!
79 km. Lidl - uzupełnienie płynów. Do sakwy i camelbaka wpływa 2x 1.1 litra osika. Kiedy się pakuję obok przystaje jakiś kolarz amator, starszy pan. Jego znajomy pyta się go skąd i dokąd a on odpowiada, że dzisiaj był w Ostrołęce. A ja do Mikołajek właśnie jadę. Ale nic nie mówię bo mi się nie chce (upał!). Znowu bym musiała udawać ekstrawertyczkę i opowiadać o rowerach poziomych. Gooorąąąco.
99 km. Czuję lekkie zmęczenie, wmordewind zrobił swoje. Osik jeszcze jest. Nie wiem o której będę w MIkołajkach ale chyba później niż sądziłam i kalkulowałam. Ale z powrotem to chyba jednak będę wracać głównymi. I co ciekawe - poczułam głód. Dziwne, bo zazwyczaj ostatnio go nie czuję podczas jazd. Tętno w normie, ale czuję delikatny kryzysik.
124 km. Sklep w Wielborku, Izotoniki i lód rożek. Lewe kolano się trochę o coś pluje, znowu czuję zmęczenie ale na drodze tego specjalnie nie czuję. Po drodze musiałam poluzować język lewego buta. Aż mi się nie chce wstawać ze stopni i jechać dalej.
146 km. Szczytno i karnyfur a przed nim "ziomale" z bolidem młodzieży wiejskiej czy innymi czterem zerami na masce i jeszcze się nie zatrzymałam, a już pada pytanie: "te a ile to warte?". Echhh. W sklepie kupuję mleko i połowa jego do razu trafia do żołądka. A tymczasem po wyjściu ze sklepu widzę długą cysternę na długiej naczepie i taki dziwny kształt ciągnika... Amerikańskij! A obok żołnierze US Army - zastanawiają się i szukają rozwiązania jak przejechać do stacji Orlenu obok - pewnie źle skręcili. Panowie sobie w końcu przejeżdżają i nawracają do stacji a ja lecę dalej, mijając jakiś teren wojskowy po lewej. (będzie o nim jeszcze potem ;) )
Kilkanaście kilometrów dalej słyszę coś dziwnego za sobą. Mocny diesel, ale jakiś taki inny niż TIRolotowy. I zachowanie kierowcy inne. Nie podjeżdża jak zafffotoffcy tirolotowi na 5-10 metrów, tylko ciągnie z tyłu dalej... Czyżby... owe widziane wcześniej przeze mnie US Army? A ja nie mam gdzie i jak ich puścić... Zakręt za zakrętem, góra-dół, lewo-prawo... Ale w końcu w jakiejś wsi odpadam na chodnik... I tak - to oni. US Army. Polecieli dalej - szerokości! Oby nasi polscy kierowcy mieli taką kulturę jak Wy!
175 km. Postój na kilkanaście sekund. Sprawdzam jak i czy dobrze jadę, stan liczników i wysysam resztę mleka.
~180 km - co jak co robi się zimno więc korzystając ze świateł jakiejś wioski zmieniam krótkie spodenki na długie. Jak dobrze, że je jednak wzięłam. Obok psy szczekają, ktoś wygląda przez okno... Spoko, to tylko zmaltretowana rowerzystka ze swoją chorą ambicją ;)
208 km. Jestem! Mikołajki! Dojechałam! Staję obok stacji benzynowej Okoń. Zamknięta na głucho. A ja mam ochotę na hotdogsa! I muszę uzupełnić płyny. Siegam po smartfona i znajduje Orlena 2 kilometry na zachód w Prawdowie. Rzucam jeszcze okiem w kierunku centrum i ruszam na zachód. Po kilku minutach tam jestem i całuję klamkę bo jest kilka minut po północy i pracownicy przeliczają się. Trudno, czekam spokojnie na ponowne otwarcie. Mam czas bo i tak muszę odpocząć nim ruszę z powrotem. Po wejściu kupuję 2x izotoniki i 2 hotdogsy z parówkami. Takie sobie, ale dają radę zapchać mnie na trochę. Zmęczona i trochę czekając na rozwidnienie przed wschodem słońca przysypiam i drzemkuję na stacji. Rozbudza mnie na dobre awantura między tubylcami, która kończy się przyjazdem Policji. Ja sama zmywam się kilkanaście minut później i jadę popędzana pierwszymi promieniami słońca, które powoli wynurza się gdzieś za moimi plecami na wschodzie. Właśnie teraz jedzie się wspaniale. Nogi po odpoczynku ciągną jak trzeba, kolejne górki pokonują z łatwością, chociaż pojawia się górka czy dwie gdzie muszą cisnąć mocniej. I tam też wykręcam rekordową maksymalna prędkość 56 km/h. Robię też kilka zdjęć mazurskiego wschodu słońca :)
243 km. Zatrzymuję się tylko po to aby dorobić kilka zdjęć wschodu słońca ale przypominam sobie o lusterku, które wykręca się z kierownicy i dokręcam je śrubokrętem. Raptem kilka sekund prostej roboty a ile radości potem z korzystania ;)
267 km. Szczytno a raczej kilka kilometrów przed nim - stają na kilka minut przy mijanej wcześniej jednostce wojskowej, uzupełniam płyny, spożywam magnez i potas bo czułam już wcześniej "niesubordynację" mięśni. I tak sobie stoję, rozglądam się przeglądając fejsika i newsy, a tu słyszę dźwięk silnika. I to nie z drogi, ale ze środka jednostki... Minutę później przede mną staje terenówa i dwaj żołnierze WP z pytaniem czy mogą mi w czymś pomóc ;) No cóż, w niczym... Także siadłam na rowerek i poleciałam dalej, ale chwała Wojsku że tak pilnują swojego. I że nie zatrudniają do tego ani poborowych ani Firmy Krzak & Janusz i Niepełnosprawni.
278 km. Szczytno - kolejny Orlen. Padam trochę. Zamawiam zapiekankę aby dać nogom nieco białeczka a po jej zjedzeniu odpływam drzemkując na godzinę albo i dłużej.
328 km. Nie ciągnę od kilku kilometrów. Przy 313 kilometrze minęłam mój wcześniejszy rekord dystansu sprzed 5 lat, do tej pory nie pobity. Ale teraz mam już serdecznie dosyć. Spiekota. Upał. Skręcam na parking gdzie stawiam rower na nóżce, zdejmuję karimatę i walę się na niej w cień. Nie wiem ile drzemałam, ale budzi mnie słońce (koniec cienia) i spiekota jaka zaczyna się robić. Nie powinnam tak robić, ale zrywam się z miejsca, siadam na rower i kręcę dalej, co nie jest przyjemne ani początkowo skuteczne bo organizm dopiero się rozbudza na nowo. I mózg jeszcze się dopiero budzi i rozgląda... "Co ja robię?" :) Pierwszy kilometr pokonuje chyba zygzakiem :] Kryzysik? Chyba tak, ale nie przejmuję się i ciągnę dalej.
344 km. Stacja BP. Butelka wody, dwa izotoniki, siadam i chleję w siebie ile mogę bo już mam dosyć, a UPAŁ naprawdę daje mi się coraz bardziej we znaki. To już drugi w ciągu 24 godzin... Co ja wyrabiam? Ale nadal chcę walczyć bo... innej opcji nie mam. Gdybym nie poleciała z DK59 na DK58 ale na DK53 - byłabym w Ostrołęce i miałabym szansę na jakiś pociąg. Ale nie, nie chciałam korzystać ze smartfona no i mam to co mam. Ale i tak chciałam dojechać sam, bez żadnej pomocy z zewnątrz do Pomiechówka. Nie chciałam się poddać a nie mając niczego w zapasie - musiałam ciągąć dalej.
371 km. Mały sklepik wiejski gdzie kupuję wodę i loda rożka. Woda częściowo trafia do camelbaka potem a częściowo od razu do żołądka, co by zostawić izotonika na potem. Dobrze się siedzi i odpoczywa, ale skwar i upływający czas robią swoje, czas się zmywać... Kiedyś trzeba do tego Pomiechówka dojechać.
390 km. Stanęłam w cieniu pod jakimiś drzewami, przelewam wodę do camelbaka do izotonika, który zaczyna być bardziej smaczny niż był wcześniej (4move co za syf...). Nie chcę, ale muszę... Coraz trudniej mi się kręci, ale wiem, że już gdzieś tam za horyzontem jest Nasielsk a tam za nim - cel mojej podróży czyli Pomiechówek. To już niedaleko...
398 km. Nasielsk. Cholerny but albo i paznokieć dużego palca prawej stopy. Ból jest taki, że musiałam ściągnąć buta i spojrzeć o co chodzi. Na szczęście o nic wielkiego - duży paznokieć i wbija się w palucha. A ja nie mam scyzoryka i nożyczek aby przyciąć.
413.09 km. Tory kolejowe! Zjazd w dół i już jest... Pomiechówek... JESTEM!!! Dojechałam!!! 413.09 km w czasie 27:10.
Wyprawę kończę przy budce z zapiekankami gdzie zamawiam dwie duże z szynką i tradycyjną. Pierwszą wchłaniam w całości, z drugiej pół. Do tego wyjątkowo pól litra zimnej coli, która troszeczkę mnie schładza. Ale nie pobudza jak powinna jak się potem okazuje. Dojeżdżam pod smroda, otwieram go a w środku gorzej jak w piekarniku. Ale nic, otwieram wszystkie drzwi, przepakowuję się, wsadzam rower do środka i wreszcie ruszam do domu. Ale jazda przyjemna nie jest. Czuję straszne zmęczenie, robię się też senna.
Kiedy wysiadam przed domem drżę jak osika albo i bardziej. Czyli - brak potasu albo i magnezu. To u siebie uzupełniam od razu wchłaniając też z miejsca 3 jaja na twardo - niech organizm ma się z czego odbudować. Kolejnym - chwilowo ostatnim krokiem - jest moje wspaniałe łóżeczko na które się walę nie zwracając uwagi na brudne kolano po oleju z łańcucha.
Summa summarum? Hardcore na własne życzenie. To nie powinna być "już" 400-setka ale maksymalnie 200. No może 300. I nie w takich warunkach. Nie w takim upale. Dobrze że przejechałam te 400, ale to był olbrzymi wysiłek, za duży jak na ten poziom rozwoju. A już w tych warunkach atmosferycznych [UPAŁ] powinnam go sobie darować. Mądra Polka po szkodzie. Obym tylko się nie przetrenowała.
Kolejny krok - odpoczynek. Nie 2 ale planuję 3 dni. Muszę dać sobie i przede wszystkim nogom nieco wolnego. Nogi dały z siebie tym razem naprawdę bardzo dużo na górkach. Czuję, że Kaszebe i późniejsze jazdy bardzo dużo poprawiły w ich osiagach. Do licha... Nigdy wcześniej w żadnym poprzednim roku nie wjeżdżałam na wzniesienia mając 20 km/h ot tak sobie bez zmęczenia i bez specjalnego napinania się!
Póki co - tegoroczny HIT już jest :D
- DST 38.36km
- Czas 01:45
- VAVG 21.92km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Do roboty i z powrotem
Środa, 6 czerwca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Ożarów - Warszawa - Ożarów
AVG: 21.78 km/h
MAX: 44.62 km/h
Po wczorajszym energii już nieco mniej było, ale i tak przelotowa rzędu 32-33 km/h w miejscu gdzie się dało. Czyli jest forma. Bardzo mi się podobał przejazd po Dźwigowej w drodze powrotnej - jak miło było poganiać veturilowców na podjeździe: "kręcimy kręcimy!" ;) Ale ja niedobra jestem! ;)
Poza tym jestem znowu zaskoczona, bo na Marynarskiej było dzisiaj 17 km/h czyli spadek jest niewielki. W drodze powrotnej już się nieco oszczędzałam ale na Łopuszańskiej nie schodziłem poniżej 3 biegu i 15 km/h. A więc jest faktycznie przyrost mocy.
Jeśli chodzi o rower to pewnie czeka go na koniec sezonu albo i wcześniej wymiana sterów, ale to się jeszcze zobaczy. Póki co kieruje się dobrze, mimo pojawiającego się chwilami luzu po mocniejszym hamowaniu lub braniu jakichś krawężniczków czy innych pomysłów projektantuffff śmieszynek rowerowych i innych dróg w tym mieście - pod koło.
- DST 47.48km
- Czas 02:02
- VAVG 23.35km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Do roboty i z powrotem
Wtorek, 5 czerwca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Ożarów - Warszawa - Komorów - Pruszków - Ożarów
AVG: 23.27 km/h
MAX: 40.24 km/h
CAD: 72
Muszę
przyznać, że treningi robią swoje. Jest power, jest wytrzymałość,
pojawia się siła. Dzisiaj na Łopuszańskiej, prędkość podjazdu 18-18
km/h. Na Marynarskiej 22 km/h i to bez siłowania nawet. W drodze
powrotnej na wiadukciku nad WKD w Pruszkowie - 26 km/h. Wiadukt nad
torami kolejowymi - 18 km/h. Wiadukt nad A2 kilka kilometrów dalej - 16
km/h. Co ciekawe również na Żbikowskiej za Pruszkowem w kierunku na
Ożarów, mimo wiatru i nachylenia terenu - byłam w stanie pociągnąć 24-26
km/h. Ponadto okazuje się również, że całą drogę poza podjazdami jestem
w stanie jechać na S2 czyli w normalnym, zakresie pracy. Brakuje mi
jeszcze wytrzymałości powyżej S2 na S3. Po osiągnięciu pulsu 155 i wyżej
pojawia sie zadycha no i jest po ptokach. Nie ma też już problemów z
ruszaniem ze światel itepe. Jest siła niezbędna do popchnięcia,
rozkręcenia i przyspieszenia. Ciekawostka: 20/100. 100bpm przy 20 km/h
jest już osiągane, czyli mój power jest na co najmniej tak dobrym
poziomie jak kilka lat temu :)
Sądziłam, że średnia będzie
normalniejsza, ale niestety debile w smrodzikach na Marynarskiej jak
zwykle robią co mogą aby zakorkować skutecznie tą ulicę. Włącznie z
czterema zaffoodofffcamy w tirolotach, którzy chyba oślepli i nie
zobaczyli kilku znaków, a i zapomnieli, że to jest MIASTO, środek MIASTA
a nie wieś i tu TIRoloty nie powinny się pchać. A czepiam się - bo
mogliby jednak nie zajeżdżać nerwowo drogi i wpuszczać bo i tak na
kolejnych światłach będę daleko przed nimi :P
- DST 104.10km
- Czas 04:11
- VAVG 24.88km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Do Pułtuska
Sobota, 2 czerwca 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Pomiechówek - Nasielsk - Pułtusk - Serock - Dębe - Nowy Dwór Mazowiecki - Pomiechówek
AVG: 24.83 km/h
MAX: 48.63 km/h
CAD: 73
Ano
podjechałam sobie smrodem pod halę sportową w Pomiechówku około 13,
wypakowałam rowerek, wyciągnęłam graty potrzebne na te kilka kilometrów i
ruszyłam przed siebie. W planie był Nasielsk a "potem się zobaczy". Do
Nasielska w zasadzie było krótko. Dość szybko mimo wmordewindu, który
próbowal przeszkadzać. Raptem kilkanaście kilometrów, więc specjalnie
się nawet nie zmęczyłam. Aczkolwiek zrobiłam krótką przerwę na 7 kilometrze
dla podeszw stóp, którym nie podobały się znowu buty spd, a potem za
Nasielskiem na ~30 kilometrze jeszcze na chwilę. I to były dosłownie
chwilki. Teraz patrzę na mapę... Winnica? Winniczki? Chyba coś takiego
było, ale znaku chyba nawet nie pamiętam, ale za to wcześniej widziałam
Krzyczki(Żabiczki, Pieniążki, Szumne) :) Bardzo ciekawe nazwy wsi trzeba
przyznać. Podjazdy i góreczki - były dosyć małe, pokonywałam je bez
żadnego specjalnego napinania się, z rzadko kiedy schodząc na podjazdach
poniżej 15-16 km/h. Czyli zdecydowanie >>2 bieg.
W Pułtusku
patrząc z boku, można powiedzieć, że się na chama wtarabaniłam przed
TIRolota. Ok, ok miał do mnie z 50 metrów jeszcze, ale jednak. W dodatku
było to na podjeździe i nie mogłam dosyć szybko odskoczyć, aczkolwiek
oczywiście nie poddałam się, nie zwolniłam, wypracowałam tą górkę na
tyle aby za bardzo tego 40-tonowca nie spowalniać. No cóż... Chyba już
byłam tak bardzo napalona, że nie chciałam się zatrzymywać. Ruszanie
pod górę ze skręceniem nie jest dosyć szybkie na rowerze, a ruch tam był dość
spory. Jakby nie było - DK61. Rozpędzenie się, i zaczęła się kolejka
podjazdów i zjazdów. Znakomite miejsce do poćwiczenia wytrzymałości.
Początkowo pozwalałam nogom na schodzenie na 2 bieg, ale potem "jakoś
tak" stwierdziłam, że to ma być rozwój a nie stagnacja i tuptanie w
miejscu. I dalejże na 3 biegu pod cięższe górki, a co! :D Muszę
przyznać, że mięśniom nóg się to nawet podobało, nie jęczały i nie
prosiły o darowanie życia swoim włókienkom ;)
W tym roku nie
zignorowałam znaku zakazu na wysokości Klusek i zjechałam na bok celem
sprawdzenia drogi na Serock, wypicia dodatkowego izotonika aby się
dowodnić i jak tylko to zrobiłam - od razu jazda dalej. Drogę
sprawdzałam po to, aby ominąć DK61 i wylecieć w Borowej Górze na Dębe. I
tak też uczyniłam. Ledwo co zjechałem - od razu poczułam lekkie
dopalenie. Wcześniej wiatr przeszkadzał - teraz trochę pomagał. W drodze
do Dębe zatrzymałam się jeszcze aby uzupełnić zawartość camelbaka
izotonikami. Przy okazji sprawdziłam odległości do Pomiechówka i okazało
się, że to raptem tylko kilka kilometrów. No, może naście. Kiepsko.
Chciałam wiecej! W Dębe miałam do wyboru - albo pociągnąć dalej via DK62
co było średnim pomysłem, albo zjechać po tamie na dół na południowy
brzeg Narwi. Co również było takim sobie pomysłem bo potem czekały mnie
podjazdy za Nowym Dworem Mazowieckim. Ale chwila, JA nie dam rady?! JA?!
;) Przeleciałam przez tamę jak pocisk i wykręciłem na DW631, którą
poszłam na zachód. Niestety, na wysokości terenów wojskowych nie mogłam
już ignorować bólu ścięgna/mięśni znajdujących się pod językiem lewego
buta i zrobiłam szybki przystaneczek na poluzowanie zapięcia. Od razu
leciało się lepiej i bezboleśnie. I tak dotarłam do NDMu, gdzie
wykręciłam obok maka (nie, nie spotkamy się :P) na DK85, którą pognałam
do DK62 wiodącej przez Pomiechówek. Oczywiście tam był spodziewany przeze
mnie podjazd, a nawet kilka. I wcale nie były one takie trudne jak mi
się kieeedyś wydawało. Ba, nie musiałam nawet schodzić na 2 bieg, no
chyba że na skrzyżowaniu za mostem, gdzie upewniłam się, że dobrze
jadę. Po krajówce jechało się też calkiem płynnie, mimo iż miałem za
sobą kilka TIRolotów, które jednak wyprzedzały mnie ciągnąc po pasie dla
jadących z naprzeciwka :) Wiwat zawodowcy :) I wreszcie Pomiechówek. Na
liczniku 104 kilometry, średnia też calkiem odpowiednia jak na taki
dystans.
Podsumowując:
- raptem 3 przystaneczki na minutkę
-
zero jedzenia po drodze, samo picie. Wypite: 2+3*0.7= 4,1 litra, bez pół
litra, które zostało w camelbacku czyli około 3.5 litra.
- dobrze, ze pogoda była odpowiednia na rower, nie grzało za mocno, ale też nie padało tak więc jechało się bardzo przyjemnie.
- DST 96.42km
- Czas 03:57
- VAVG 24.41km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Do Skrzeszewa
Czwartek, 31 maja 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Ożarów - Mościska - Czosnów - Nowy Dwór Mazowiecki - Janówek Pierwszy - Skrzeszew - Legionowo - Warszawa - Babice - Ożarów
AVG: 24.40 km/h
MAX: 39.86 km/h
CAD: 76
Wmordewind
i tyle w temacie. To znaczy - miało go tak dużo nie być wg Windy.com - a
jednak był i przeszkadzał. Momentami znacznie. Do Łomianek i Rolniczej
to w zasadzie szło mi nieźle. Potem zaczęłam odczuwać rosnący upał,
który odbierał i wysysał ze mnie energię. Dodatkowo podeszwy stóp
przestały być kompatybilne z butami i w zasadzie to właśnie BÓL stóp
powodował, że nie mogłam skoncentrować się na wyciąganiu z siebie
maksimum możliwości. Praktycznie nie było 10 kilometrów, abym nie
zatrzymywała się i nie próbowała rozchodzić nóg. Próbowałam też zmiany
położenia bloku na lewym bucie - niestety to wiele nie pomogło. W
dodatku BÓL pojawiał się zarówno na stopie lewej jak i prawej, tak więc
zamiast zakładanego Zegrza skończyłam w Skrzeszewie. Pomijając fakt, iż
za wcześnie skręciłam w prawo i miast na NDM i Pomiechówek - poleciałam
na Wieliszew.
Górki - brałam jak leci. Mogłam faktycznie na nich
wyciągać tyle ile chciałam, ale BÓL podeszw stóp hamował mnie dość
znacznie. Dopiero wracając przez Warszawę byłam już trochę znieczulonz na
tyle, aby chwilowo ignorować tą BOLESNOŚĆ - dzięki czemu wdrapałam się
przez cały podjazd na Trasie Mostu Północnego z V ~ 23 km/h. NIeźle :D
Aczkolwiek w sumie nie powinno mnie tam być, prawda? A jednak. Mam dosyć
opieprzania się na XYZ zakręcikach śmieszynki rowerowej, której jakaś
menda projektancka nie umiała poprowadzić możliwie po prostej na moście,
a nie gdzieś obok, w dodatku slalomując nie tylko w poziomie - ale i w
pionie. Bo przecież poruszanie się rowerem jest fe, rower to tylko
rekreacja! :P
Picie: 3 litry wody/izotonika +1.5 = 4.5 litra. Camelback sprawdza się bardzo dobrze, nie trzeba się zatrzymywać celem nawodnienia.
Rower:
posmarowanie i zluzowanie zawiasu kierownicy spowodowało ustąpienie
przykrego skrzypienia. Czyli to jednak było to, a nie coś z fotelikiem
jak podejrzewałam wcześniej. Aczkolwiek coś tam jeszcze momentami trzeszczy i
muszę to sprawdzić podczas jazdy.
Siła - chyba ciuteńkę się pojawia,
znacznie bardziej jednak widać rosnącą wytrzymałość, która wydaje mi
się obecnie nawet większa niż na koniec sezonu 2017 podczas brevetu w
Pomiechówku. Most nad Wisłą w Kazuniu przeskoczyłam również szybciej i
pewniej niż poprzednim razem jadąc do Wyszogrodu. Nogi potrafią też już
szybciej rozpocząć kręcenie na wyższych biegach zaraz po skończeniu
podjazdu.
Buty - zastanawiam się czy by nie zmienić wkładki w
środku na te kupne w Decathlonie. Ale chyba skończy się jednak mimo
wszystko na kupnie butów Shitmano, które do tej pory nie powodowały u
mnie takich problemów jak te Bontrager, Btwiny czy Sidi.
P.S.
Rosnąca kadencja (76!) to chyba efekt częstszej zmiany biegów i
dopasowywania ich do tego co chcą nogi. Bez przymuszania się do kręcenia
na niskiej kadencji z dużą siłą.
- DST 18.42km
- Czas 00:45
- VAVG 24.56km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Z roboty do domu
Środa, 30 maja 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Warszawa - Ożarów
AVG: 24.32 km/h
MAX: 45.15 km/h
CAD: 73
Wpis
jest oddzielny, ponieważ to są jedyne dane z licznika jakie posiadam z tego dnia. Niestety ale
rano okazało się, że przewód od czujnika przy kole poszedł się wziął
i połamał. Także poleciałam na Stravie z której dodałam poranny
przebieg.
Start to wiadomo, Po(d)stępu - megakorek, kierowcy i
kierowczyki, każdy się wciska jak tylko może. I to mimo iż jest już
18:20 czy nawet wpół do 19. Marynarska - spokojniej, ale przede mną 2
przegubowce, a jak zostały już z tyłu to znowu problem bo na pewno będą
wyprzedzały a raczej nie mają gdzie... Podjazd na stopniowym szybkim
redukowaniu biegów, ostatecznie na 2 biegu. Po drodze wnerw, bo jakaś
chińska ****** wymyśliła ograniczenie głośności w telefonie. Biedna,
pewnie nigdy nie trzymała w rączkach słuchawek co nie mają 4-8 Ohm
oporności ale 64... :P Wiadukt na Łopuszańskiej poszedł jako tako,
również ostatecznie na 2 biegu, ale czuć, że dałoby się i więcej. Na
Kleszczowej znowu spotkanie II stopnia z kierowczykiem, który wyprzedzał
za blisko Mazdą 6 z rejestracją z PO. Czyżby tam w Poznańskiem nie znali PoRDu? O
dziwo dogoniłam klienta przy skręcie w Bolesława Chrobrego:
- Ale ja nic nie zrobiłem!
= Wyprzedzał pan za blisko...
- To trzeba było jechać bliżej krawężnika!
Jasssssssssssssne. Podsumujmy:
- ślepota
- nieznajomość PoRDu
- brak kultury na drodze
Nic tylko zabrać prawko.
Wiadukt
pod torami we Włochach pokonałam mając >30 km/h. No po prostu nogi
zrobiły to co mi się spodobało. Na Dźwigowej dałam im więcej luzu ze
względu na sygnalizację i to, że nie musiałem się spieszyć ze zmianą
pasa ruchu na lewy do skrętu w Połczyńską.
Połczyńska i Poznańska - przelotowa od 32 do 35 km/h.
Jestem w lekkim szoku, bo takiej mocy się tak szybko nie spodziewałam.
Widać efekty po KaszbeRundzie. Zresztą na KR też nogi dawały nieźle
sobie radę co było widać na niektórych podjazdach.
Z czym problem?
Wydaje
mi się, że z siłą, której chwilami nie ma. Jest pewna wytrzymałość, ale
dopiero przy większych kadencjach. Z kolei starty są dość powolne. Ale
przyspieszenie idzie potem już zupełnie dobrze.
- DST 17.80km
- Czas 00:51
- VAVG 20.94km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Do roboty
Środa, 30 maja 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Ożarów - Warszawa
Dane z licznika - brak. Strava cos pieprzy o 20.8 km/h
Z
rana okazało się, że licznik mi nie działa, w związku z czym odpaliłam
Stravę. Nawet umiała coś naliczyć i nie zgubić sygnału GPS (WOOOOOW!) i
nie ma teleportów po prostej między punktami... :P
Swoją drogą zrobić 17 kilometrów w 51 minut? Tak oszukiwać umie tylko straffa.
- DST 204.90km
- Czas 09:05
- VAVG 22.56km/h
- Aktywność Jazda na rowerze
Kaszeberunda 200km
Niedziela, 27 maja 2018 · dodano: 08.07.2018 | Komentarze 0
Kaszeberunda
AVG: 22.54 km/h
MAX:52.92 km/h
CAD: 71
Jak
co roku i tym razem stanęłam na starcie tej wspaniałej kolarskiej
imprezy. I punktualnie o 7:03 ruszyłam wraz z pierwszą grupą w trasę. Tym razem w
przeciwieństwie do startu w poprzedniorocznej imprezie - i zarazem jak
co zwykle - wybrałam dystans 200 kilometrów. Oczywiście nie byłam znowu
mega przebojowo przygotowana. Jednak na koncie miałam nie ~700
kilometrów jak poprzednim razem - ale 1200. Także coś więcej jednak
było, mimo iż bazę robiłam obecnie dopiero półtora miesiąca.
Na
miejsce startu opodal Aqua Parku dotarliśmy około 6:40. Rozejrzeliśmy
się po organizacji tegorocznej, pogadaliśmy i dojechaliśmy do prawego rękawa, gdzie każdy zajął swoje miejsce startowe - mnie przypadło to, z
numerkiem 6 :) Znów chwila gadki, przekomarzania z pionowcami,
oględziny roweru stojącego opodal - z silnikiem i bakteriami - elektryka. Wreszcie - start,
punktualnie o 7:03.
Pierwsze kilometry - powolna rozgrzewka. Nic na
chama, nic siłowego, nic z tępieniem siebie samego i kolan "bo oni
uciekają!". A niech sobie gonią. A niech mnie doganiają kolejne "pociągi
rowerowe" ;) - ja miałam dojechać a się nie zarżnąć. Ciągnęłam zatem
tyle ile mogłam. Nie ukrywam, że spodziewałam się, że będzie troszkę
trudno, bo śniadania z rana nie było. Ale po ~30 kilometrach pojawił się
Borsk w zasięgu wzroku a mym oczom ukazały się kolejki rowerzystów do
popasu. Czego tam nie było? Jajecznica - to standard. Jakieś ryby też.
Ale w tym roku pojawiły się jeszcze naleśniki, nie mówiąc o pysznych
kromkach wiejskiego chlebka ze smalcem. Mniam! Mimo iż staram się nie korzystać
za mocno z bufetów i nie obciążać przewodu pokarmowego podczas maratonu
- tak tym razem z braku wcześniejszego śniadania pozwoliłam sobie na
małą dyspensę. Jajecznica, 2 naleśniki i 2 kromki chlebka ze smalcem. To
mi zapewniło jeszcze lepsze samopoczucie, chociaż powrót do normalnej
pracy nóżek trwał kilka kilometrów. Ale było warto. Bo kolejne 20
kilometrów do kolejnego bufetu przeleciały bardzo szybko. Chociaż na
drugim bufecie nie byłam w zasadzie niczym zainteresowana. No może
jakimś piciem na szybko i dalej, w długą. A jeśli chodzi o to "latanie"
to nogi o dziwo i ku mojemu zaskoczeniu dawały radę. Na prostej ciągnęły
ile trzeba, na górkach w zależności od nachylenia mogłam testować ich
wytrzymałość lub też stopniowo zwalniać do biegu, na którym mogły
pokonać owy podjazd. Chwilami brakowało mi mniejszej tarczy, musiałam
ciągnąc na tej większej na 1 biegu, ale jaaakooooś to szło. Na 3 bufecie
popełniłam błąd. Stwierdziłam, że mam na tyle dużo wody/picia, że mogę
nic nie napełniać. Bo przecież skoro bufet jest na ~70 kilometrze to
następny też będzie niebawem na ~100. Aha, pomarzyć można. Kolejny był
na 125. W dodatku przeniesiony z pierogarni gdzieś pod mały bar, więc
miałam obawy czy nie ma go jeszcze dalej. Przed tym bufetem okazało się,
że krawędź lewej stopy ma serdecznie dosyć buta i bloku - w związku z
czym musiałam zatrzymać się w lesie obok trasy, gdzie do buta trafiła
chusteczka higieniczna izolująca nieco stopę od buta w tym newralgicznym
miejscu. W ogóle to serdeczne podziękowania dla Kolegi z trasy, który
poczęstował mnie tam wodą - której przecież zaczynało mi brakować.
Pierwsze
co zrobiłem na wspomnianym bufecie (Lipnica) na 125 kilometrze, to
wylałam resztkę coli w krzaki. Sio! Syf niesamowity. Na początku
faktycznie dostarczyła mi nieco energii, dorzuciła cukru, ale kofeina...
A błe. Za dużo. I tak bez tego szajsu energii było wystarczająco wiele.
Drugą czynnością było nalanie 2 litrów wody do wcześniej przygotowanego
worka z proszkiem izotonicznym. Niestety - proszek wrzucony wcześniej
zakleił mi otworek wylotowy do rurki i musiałem chwilę się namęczyć aby
toto odetkać. I wreszcie na tym bufecie zjadłam makaron z jakąś smaczną
polewą, ale nawet nie wiem co to było. Na pewno było bardzo smaczne. A
makaron dorzucił jeszcze ciuteńkę niezbędnej energii do dalszej jazdy. I
dobrze, bo przede mną zaczęły wyrastać kolejne większe wzniesienia, z
których pokonaniem zaczęły być już problemiki. Zaczął pojawiać się
wmordewind uniemożliwiający wykorzystanie pełnej prędkości na niektórych
zjazdach. Ale byłam już daleko poza połową trasy, nogi ciągnęły więc
jechałam ile się dało. Gdzie mogłam przyspieszałam, gdzieniegdzie
pozwalałam rowerowi rozpędzać się bez udziału mięśni na spadkach.
W
Udorpiu znany zjazd w prawo na Ugoszcz. Wspaniały spadek w dół, prędkość
rośnie... A potem trzeba to odpracowywać kilkakrotnie kilometry dalej
za Ugoszczą. I to odpracowywać na tyle mocno, że I bieg przestawał mi
wystarczać. Znany i pamiętany dobrze przeze mnie podjazd wzdłuż barierki
energochłonnej, niby w cieniu, ale pot się leje litrami. A napić się z
camelbaka nie ma jak, bo nie starczy tchu. Za to obok wspaniałe widoki
na jeziorka po bokach trasy, nic tylko podziwiać! Ale wystarczy sekunda
nieuwagim, utrata równowagi na podjeździe i Joule energii idą w straty. W
Studzienicach - koniec wdrapywania się. Szybki podskok na podwyższeniu i
już wieś. A za nią... A za nią mega hiper grajdoły w postaci
nawierzchni jezdni zniszczonej tak, że jechać się po tym po prostu nie
dało. Organizator potem się nasłuchał od nas skarg na wybór trasy, ale
ponoć niewiele da się z tym zrobić. Więc albo inne opony(?!) albo inne
większe koła (ciekawe jak???) albo sama nie wiem co. Tak czy inaczej -
>20 kilometrow katorgi. I przyznaję, że ze 2 podjazdy na tym
dystansie zrobiłam po prostu idąc, bo miałam dosyć marnowania sił na pokonywanie
podwójnej trudności. Dopiero tuż przed Półcznem i DK 20 droga się
poprawia a asfalt staje asfaltem. Pozostaje mieć nadzieję, że w ciagu
roku naprawią jezdnię zniszczoną przez ciężkie pojazdy usuwające
zniszczone drzewa powalone przez nawałnicę. Ale czy usuwając jedne
zniszczenia koniecznie trzeba powodować kolejne? Znacznie trudniej
usuwalne???
Półczno. Miejsce połączenia grup ze wszystkich 3
dystansów. Szarańczy w tym roku już nie było, a mimo to były jeszcze
lody. Wchłonęłam loda, uzupełniłam proszek i wodę w camelbacku i przy
okazji wymieniłam chusteczkę w bucie na nową. Szybki smalltalk z
Koleżanką (pozdrawiam! :D) z którą się mijałyśmy kilkakrotnie na trasie i
jazda dalej! I znowu oczywiście kolejne roszady... Ona szybsza na
podjazdach, a ja szybsza na zjazdach i o dziwo też na płaskim. Ale płaskiego
mało, dużo podjazdów to i w końcu po którejś serpentynie zostałam w
oddali i dopiero spotkałyśmy się na punkcie w Sulęczynie. Jednak nim się
do niego dotarło, trzeba było przejechać niezłe serpentynki w górę.
Widoki - niesamowite. A ile potu tam się zostawiło tuż przed punktem to
tylko inni rowerzyści i ja wiemy. W każdym bądź razie dużo. Za Sulęczynem szybki
przeskok do Stężycy gdzie chyba miał być jeszcze jakiś jeden bufet i
widziałem jakieś oznaczenia tegoż - ale go nie zauważyłam. Zresztą też
nie miałam ochoty zatrzymywać się ponownie. We wsi w prawo i prosto do
Koscierzyny, chociaż tak prosto to nie jest bo jest jeszcze kilka
podjazdów w tym w Kościerzynie Wybudowaniach i w samej Kościerzynie nad
torami. Mógłby być łagodniejszy swoją drogą. I wreszcie - META.
Przystanek, myślałam że tam zdejmą czujkę - ale nie, czujka ma być
zdjęta na rynku, także znowu w pedały i dalej na Rynek. A tam oczywiście
gratulacje i dekoracje :D
Niestety, nie wiem gdzie, nie mogę
aktualnie znaleźć na mapie i street view - była taka górka. Przed wsią, z barierami
energochłonnymi, na którą wdrapanie się obecnie i kiedyś zajmowało
trochę czasu i zabierało nieco energii. Fajna góreczka swoją drogą.
Zawsze była dla mnie pewnym punktem na trasie, po którym było już
łatwiej... ;)
Muszę też zauważyć, że od startu towarzyszył nam
startujący z nami rower z napędem elektrycznym. Gość miał w zapasie
jeszcze jedną bakterię i nawet nawet mu to nieźle szło, chociaż musiał
się jednak też trochę napedałować. Kilkakrotnie wyprzedzałam go a on
mnie, lecz oczywiście silnik tak się nie męczył jak ja i w końcu
elektryk poleciał gdzieś przodem i znikł.
Na koniec... Muszę
napisać, że był taki moment, taki mały peleton wyprzedzający mnie, że
tak w zasadzie to nie leciał znacznie szybciej niż ja. Tylko był jakby
wytrzymalszy ode mnie na podjazdach. Gdybym tak jeszcze ciuteńkę miał
wiecej czasu na rowerze przed imprezą, więcej kilometrów w nogach (tak
2x) to mooooże byłbym w stanie się go trzymać dłużej niż kilometr. Może
kiedyś...
Podsumowując?
- nogi okazały sie być przygotowane
znakomicie. Znacznie lepiej niż rok temu. Pewnie dużo "frajdy" sprawiła im jazda
tydzień wcześniej do Wyszogrodu i z powrotem, kiedy to musiały wytrzymać
łańcuch ocierający się o rolkę po spadnięciu jej. Ależ to był dodatkowy
trening dla nich. I dla mnie. I dla pieszych i rowerzystów obok ze
względu na dodatkowe dźwięki napędu ;)
- organizm niezbyt dobrze
przygotowany, niechętny do końca do walki i długiej jazdy. Momentami
łapiący zadyszkę, którą musiałam likwidować zmniejszeniem tempa i
redukcją biegów. Szkoda. Jednak WAGA robi swoje...
- rower prawie OK -
nie licząc nienasmarowanego łańcucha... Grrr... Mogło być znacznie
lepiej. No i problem z przednią przerzutką, która ciągle nie do końca
działa i czeka ją wymiana/naprawa/regulacja. A i pewnie przeskok z blatu
42 na 50/52. W końcu obecnie mam 34 a nie 23 z przodu więc w Czechach
powinno to sobie poradzić.
Zużycie wody/picia?
- łącznie około 6.5 litrów.








